Los zdaje się jednak podstępnie bawić ze mną, bo w momentach, kiedy zaczynam się już gorzej czuć - podsyła mi pierwiastek nadziei ;] Po w sumie dwóch miesiącach poszukiwań (nie licząc incydentu z Mateuszem) znalazłam dla nas współlokatorkę ;] No, właściwie to sama się znalazła i podjęła niezależną decyzję, ale tak czy inaczej kamień z serca i takie tam. Problem solved.
Ale to jeden z nich. Inne są takie, że w poniedziałek byłam na kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej i ciągle czekam na odpowiedź, ba! teraz to już dwa potencjalne miejsca pracy torturują mnie niepewnością. Tak bardzo chciałabym już mieć poczucie zarabiania na siebie, odciążenia rodziców i dania im pewnej satysfakcji....ech. Dalej idąc - siedzę wiec na tyłku w domu, nudząc się, choć próbuję wymyślać różne zajęcia. Co za tym idzie - nuda działa stymulująco na mój ślinotok i łakomstwo. Muszę się bardzo, bardzo, bardzo pilnować żeby nie podjadać a jeśli już to coś warzywno-owocowego.Gorszą konsekwencja nudy jest jednak jest pewna już niemal katatoniczna odmiana, kiedy to człowiek tak bardzo wtopi się w robienie rzeczy bezmózgich, że wołami go nie można zaciągnąć do jakiejkolwiek aktywności. No i tak właśnie się dzieje - przeputałam sobie dwa ostatnie dni, dzisiaj jednak powiedziałam "ho,ho,ho, cototonie" i przeskalpelowałam się. Musze wziąć się w garść i to stanowczo....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz