I to bardzo, bardzo, baaaaaardzo trudne. Nie wiem jeszcze nawet jak mi z nim pójdzie, no po prostu nie wiem ;] Chodzi mianowicie o alkohol i jego wpływ na efekty i trwanie samego treningu. Wczoraj z TŻ popijaliśmy szampana oglądając filmy, doprawiliśmy to winem i było bardzo sympatycznie - żeby nie było że się zalałam w trupa :) Ale dzisiaj, ćwicząc z Mel B... masakra jakaś. Brak woli współpracy w moich mięśniach, nic, zero, nul. Walczyłam z tymi leniwcami, tylko że wydawały się bardziej zmęczone niż wczoraj (zapomniałam dodać, ze niedziela była moim dniem wolnym od ćwiczeń). Ograniczyłam już i tak piwo, ale teraz... cóż ja mam począć? Jak to sformułować? Pozbawić się alkoholu nic, zero, kompletnie? Czy zostać np. przy lampce wina, półlitrowym piwie i jednym drinku? Nie chcę zostać kompletną abstynentką :( A z drugiej strony wiem, że to co popijam cofa mnie jakby w treningu i pracy nad własnym ciałem.
Mimo wszystko - spróbuję. Najwyżej będę się mocno kajać, jeśli przekroczę obostrzenia. A więc 15 lipca niech będzie zapamiętany jako początek mojej względnej abstynencji (zostanę przy tym kieliszku wina:P). Kurczę, jeśli nie "wychodzi się na piwo", to na co wyjść ze znajomymi, żeby nie było tucząco?;] Jakieś propozycje? "Hej, ruda, co powiesz na wypad na sałateczkę na mieście?" :P
Dzisiaj intensywne przeczesywanie internetu w poszukiwaniu ofert pracy, połowu współlokatora/lokatorki ciąg dalszy i generalna zabawa w hydraulika - rozpieprzyła nam się bateria przy wannie ;/ Przy okazji umyłam całą porcelanę i wannę, więc sumienie czyściocha też mam załatwione.
Kurczę, trzeba w ogóle ruszyć tyłek bardziej bo mam wrażenie, że stanęłam w miejscu z efektami :( Niebawem więc postanowień ciąg dalszy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz