Ale jak nie marudzić, kiedy w głowie na myśl o treningu zamiast fali endorfin pojawia się ciche "...a może dzisiaj jednak nie?". Nie wiem, zmęczenie o którym psiałam już wczoraj chyba daje się coraz bardziej we znaki. Powinna mnie roznosić pozytywna energia (egzamin zdałam dziś w trzy minuty na 5!) a tu jakiś taki flak ze mnie. Dzisiaj do wymówek dokładam PMS. Ciekawa jestem jak sobie poradzę z ruszeniem tyłka, kiedy zacznie się ulubiona przez nasz wszystkie miesiączka. Pierwszy dzień to dla mnie zawsze taka mała trupiarnia, najchętniej nie wyściubiałabym nosa z pokoju, a nawet i łóżka. No, ale to zobaczymy, nie ma co gdybać.
Trening na dziś jednak za mną. Co ciekawe, czuję w niektórych momentach SKALPELA, że moje mięśnie powoli się wzmacniają, są bardziej skore do współpracy, chociaż niesamowicie zmęczone. Np. fragment na mięśnie brzucha robi się coraz prostszy, dalej jednak mam problem z pracą ud. Pozycja półprzysiadu (czyli "ktoś zaje*ał mi krzesło spod tyłka) sprawia, że mięśnie nóg dostają głosu - krzyczą! :D
Jeśli chodzi o inne boleści, to jeszcze powiem Wam o "odrywaniu pięt" ;] Takie tam, banalne ćwiczonko, nie?;] A potem łapie ten "śmieszny ból" a Ewa pogania "szybciutko" :D ogarnia mnie wtedy rozpaczliwy śmiech rannego zwierzęcia xD
Dużo osób ćwiczących z Ewą przeplata jej zestawy z ćwiczeniami Mel B. Zastanawiam się czy może i mnie nie jest potrzebne takie zróżnicowanie, na razie jednak pooglądam na YT z czym to się je, zanim ściągnę na siebie jeszcze gorsze nieszczęście ;]
PS. Waga stoi. Przy szafie, w kącie pokoju, ale już jej nie wierzę. Nie spada nic, ale w lustrze widzę i czuję, że mam mięśnie. Ta cholerna miara i moja skleroza!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz